Teatr tm · Stowarzyszenie · Warszawa
Teatr tm zaczął się od decyzji, która wcale nie była łatwa. Kiedy pod koniec 2008 roku zakończył się rozdział związany z Teatrem Ochoty, grupa aktorów mogła się rozejść i szukać angaży osobno. Wybrała inaczej. Postanowiła zostać razem i grać dalej to, co już umiała i lubiła, tylko na własnych zasadach. Tak w 2009 roku zawiązało się stowarzyszenie, a jego dyrektorem artystycznym został Tomasz Mędrzak, aktor i reżyser, wokół którego skupił się cały zespół. To nie był teatr budowany od zera przez przypadkowych ludzi, tylko kontynuacja pracy, która miała już swój styl i swoją publiczność.
Nazwa jest skromna i taki też jest ten teatr w założeniu. Nie chodziło o wielki gmach z czerwonym dywanem, żyrandolem i etatem dla dwustu osób. Chodziło o coś dużo prostszego i trudniejszego zarazem. O zespół, który potrafi zagrać dobre przedstawienie niemal wszędzie, bez rozbudowanej maszynerii, za to z pełnym zaangażowaniem w tekst i w postać. Forma stowarzyszenia dała temu sens organizacyjny. Pozwoliła działać elastycznie, decydować szybko i nie uzależniać całego istnienia od jednego adresu czy jednej dotacji. To ważne, bo teatr, który nie musi się tłumaczyć z każdej próby, może skupić się na graniu.
Za każdym spektaklem stoją konkretne osoby, a nie abstrakcyjna instytucja. Trzon zespołu tworzą aktorzy, którzy znają się z pracy jeszcze z czasów Ochoty, i to widać na scenie. Grają razem tak, jak grają ludzie, którzy sobie ufają i wiedzą, czego się po sobie spodziewać. Tomasz Mędrzak jako dyrektor artystyczny odpowiada za kierunek i za większość reżyserii, ale teatr nie jest teatrem jednego nazwiska. To wspólnota, w której każdy wnosi coś swojego, a decyzje o repertuarze zapadają z myślą o całym zespole. Biuro stowarzyszenia mieści się w warszawskim Pałacyku przy ulicy Lwowskiej, w miejscu z własną historią i klimatem, co pasuje do teatru ceniącego kameralność.
Praca w takim składzie ma swoje zalety, których nie da się kupić za pieniądze. Aktorzy nie muszą się na nowo docierać przy każdej produkcji, bo już się rozumieją. Dzięki temu próby idą szybciej, a energia idzie tam, gdzie powinna, czyli w budowanie relacji między postaciami. Widz, który przychodzi na spektakl, ogląda zespół w pełnym znaczeniu tego słowa, a nie zbiór solistów walczących o uwagę. To rzadkie i cenne, zwłaszcza dziś, kiedy wielu aktorów pracuje w biegu, między planem serialowym a dubbingiem. Tu obowiązuje inny rytm i inna uważność.
Jeśli mamy opisać jednym pojęciem to, co robimy, najbliższe będzie określenie teatr słowa. Brzmi to trochę specjalistycznie, więc wyjaśnijmy prosto. Chodzi o teatr, w którym najważniejszy jest tekst i sposób, w jaki aktor go mówi. Nie efekty, nie scenografia rodem z filmu, nie muzyka zagłuszająca kwestie. Kiedy usuniesz te wszystkie dodatki, na scenie zostaje człowiek i zdanie do wypowiedzenia, a to wcale nie jest mało. Właśnie wtedy okazuje się, kto potrafi grać, a kto tylko chował się dotąd za dekoracją. My stawiamy na pierwszą kategorię i tego wymagamy od siebie na każdej próbie.
Ta droga ma swoją cenę i warto o niej powiedzieć uczciwie. Teatr słowa nie wybacza niedbałości, bo widz siedzi blisko i słyszy każde potknięcie. Zła dykcja, źle postawiona pauza albo fałszywa emocja od razu rzucają się w oczy. Dlatego pracujemy nad tekstem długo, czasem dłużej niż nad czymkolwiek innym w spektaklu. Sprawdzamy, gdzie zdanie ma oddech, a gdzie musi przyspieszyć, kiedy postać kłamie, a kiedy mówi prawdę. To żmudne, ale bez tego cała reszta nie ma sensu. Widz może nie nazwać tej pracy po imieniu, lecz na pewno poczuje różnicę i to nam wystarcza.
Brak wielkiej stałej sceny wielu ludziom kojarzy się z ograniczeniem, a dla nas okazał się siłą. Skoro nie mamy jednego adresu, do którego przywiązane są dekoracje, musieliśmy nauczyć się grać w różnych warunkach. I nauczyliśmy się tego naprawdę dobrze. Nasze przedstawienia są tak pomyślane, żeby dało się je przenieść i zagrać w domu kultury, sali koncertowej, świetlicy, a nawet w foyer czy dużej sali konferencyjnej. Prostota scenografii nie jest tu brakiem środków, tylko świadomym wyborem, który daje wolność. Możemy pojechać tam, gdzie zaprasza nas publiczność, zamiast czekać, aż sama do nas przyjdzie.
Ta cecha zmienia sposób, w jaki teatr spotyka się z widzem. Zamiast wymagać od ludzi podróży do centrum miasta, sami ruszamy w drogę i gramy blisko nich. Dla wielu widowni z mniejszych miejscowości to jedyna okazja, żeby zobaczyć profesjonalny spektakl na żywo, a nie na ekranie. Dla organizatorów wydarzeń to wygoda, bo nie muszą budować sceny od podstaw ani martwić się o skomplikowaną technikę. Więcej o tej stronie naszej działalności napisaliśmy na osobnej stronie o spektaklach na zamówienie. Jeśli natomiast ciekawi cię, co konkretnie gramy, zajrzyj do naszego repertuaru, gdzie opisaliśmy poszczególne tytuły.
Na koniec warto powiedzieć wprost, po co to wszystko robimy. Nie chodzi o same brawa, choć miło jest je słyszeć. Chodzi o wieczór, który zostaje z widzem dłużej niż droga powrotna do domu. Dobry spektakl potrafi zaczepić myśl, otworzyć rozmowę, przypomnieć coś ważnego albo po prostu pozwolić przez chwilę pobyć z kimś innym niż my sami. Teatr grany blisko widza daje takie doświadczenie wyjątkowo mocno, bo nie ma między sceną a widownią żadnej zasłony. Właśnie po to zawiązaliśmy ten teatr i po to trwamy przy nim mimo trudności. Jeśli chcesz nas poznać od tej strony, najlepiej po prostu przyjść na spektakl albo napisać do nas przez stronę kontakt.
Biuro Stowarzyszenia · ul. Lwowska 13 „Pałacyk”, 00-660 Warszawa